Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 22 stycznia 2012

Rozdział V.

Wysiadając z samolotu poczułam na sobie zimne spojrzenie Czarka.
- Nie jestem w stanie ci pomóc. W sumie to nawet na to nie zasługujesz. Wracam do kraju, radź sobie sama. Powodzenia! - krzyczał roztrzęsiony chłopak.
Bardzo podobała mi się jego stanowczość. Na pożegnanie puściłam mu oczko, ale i tak wiedziałam że do mnie wróci. Co ja bym bez niego zrobiła.
W miasteczku postanowiłam znaleźć jakiś hotel i pracę. Tutaj nie było miejsca na naukę. To dla mojego dobra.
Podeszłam do jednej z recepcjonistek przyzwoitego hotelu.
- Dzień dobry! Czy jest szansa, abym tu pracowała za nocleg? - błagałam z nadzieją.
Recepcjonistka wygnała mnie z szyderczym uśmiechem. Miałam jednak zamiar znaleźć tą pracę i nocleg jeszcze dziś.Udałam się, więc do małego motelu na obrzeżach miasta.
- Czy istniałaby szansa zatrudnienia mnie bądź czy są wolne pokoje? - dopytywałam.
- Możesz nocować u mnie! Z dostawką będzie, ale ty za siebie płacisz. - powitał mnie Czarek wychodzący właśnie z motelowego apartamentu.
- Więc nie wyjechałeś. - powiedziałam z uśmiechem.
- Nie, bo jak się uśmiechasz to ci się tak fajnie nosek marszczy. - podrywał mnie.
Zapłaciłam za najbliższe dwa dni pobytu.
Wieczorem tego samego dnia postanowiłam napisać list do mojej mamy:

Droga mamo!
Niestety muszę Cię poinformować, że wyjechałam z kraju. Nie mogę ci powiedzieć gdzie teraz jestem, ale zapewnię Cię, iż nic nie ma prawa mi się stać - przyjechałam tu pod opieką mojego przyjaciela - Czarka. Zapytasz pewnie, któż to taki - Czarek ma kasztanowe włosy, błękitne oczy, piękne zęby, bardzo szczery uśmiech i widać, że często bywa na siłowni. Ma 23 lata i nie jest moim chłopakiem. Spokojnie, wszystko będzie dobrze. Pozdrów Sandrę i Sparka (psa)! ~ Nadia.  ♥

W atłasowej piżamie spojrzałam przez okno, rozpłakałam się. Tęskniłam już za mamą i Jagodą.
- Coś się stało? - zapytał Czarek z tyłu.
- Nie, nic...tylko tęsknota. Do rana mi przejdzie. - szlochałam. 
- Haha...teraz tylko jeden problem, bo mamy jedno łóżko...- niepokoił się Czarek.
- Damy radę, ale musisz się odsunąć i nie dotykać mnie! - mówiałam.
Czarek pokiwał głową w taki sposób, jakby już wcześniej to wiedział.
- No to do dzieła. - powiedziałam stanowczo.
Całą noc zmagałam się z chrapaniem chłopaka.
- Czarek! - upominałam go.
Niestety moje prośby nie dawały rezultatów, Czarek przez cały czas chrapał i wiercił sie na wszystkie strony.
Po chwili, w dziurce do klucza zauważyłam TO tęczowe światełko. Odruchowo przytuliłam się do Czarka, a ten objął mnie tak, że już nie mogłam się uwolnić. To była prawdopodobnie najgorsza noc w moim życiu.

Rozdział IV.

- Czarek, ja muszę Ci coś wyznać...- tłumaczyłam przerażona.
- Co takiego?- zastanawiał się chłopak.
- Będę musiała wyjechać z kraju. Bez względu na szkołę i przyjaciół. Czuję, że jestem prześladowana. Jeśli możesz, to przekaż mojej mamie, że wyjechałam na uniwersytet. Uciekam wieczorem, prawdopodobnie będę leciała na gapę. - mówiłam z bólem.
- Ja cię nigdzie nie puszczę! Po prostu zgłoś to na policję i spokój. - powiedział Czarek z przejęciem.
Wybiegłam z opery. W domu prędko się spakowałam, po czym dokładnie o północy wyszłam przez okno i pojechałam taksówką na lotnisko. O dziwo za sobą ujrzałam goniącego mnie Czarka, więc przyspieszyłam wbiegając do losowego samolotu.
- Proszę o bilet! - upominał mnie ochroniarz.
- Proszę już startować, błagam pana! - płakałam.
W tym momencie do samolotu wbiegł Czarek. Zaczęła się ostra kłótnia na oczach pasażerów. W pewnym momencie samolot wystartował.
Zajęliśmy wolne miejsca, ale ja miałam juz dosyć tego zawadiackiego chłopaka, który próbował mnie chronić na kazdym kroku.
- Gdzie my w ogóle lecimy? - dopytywał z nienawiścią.
Odwróciłam głowę w przeciwnym kierunku. Włączyłam laptopa - weszłam na stronę internetową lotniska, żeby sprawdzić ostatnie loty. Na nieszczęście okazało się, że lecimy do do Brazylii, do miejscowości o nazwie Porto Velno w centrum brazylijskiej dżungli, przy Amazonce.
Zamknęłam oczy i bardzo głęboko westchnęłam. Spojrzałam na Czarka i uśmiechnęłam się z nadzieją.
- Lecimy do Brazylii. - mówiłam sympatycznie.
Czarek zmarszczył brwi i uśmiechnał się do mnie.
- Nigdy nie puściłbym cię tam samej. - tłumaczył z niedowierzaniem.
- To lepiej zacznij ćwiczyć karate. Nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć. - śmiałam się.
- Żeby ci przypadkiem muszka do oka nie wpadła. - kpił ze mnie.
Pokazałam mu język i odwróciłam się.
Napisałam notatkę w moim pamiętniku:
Drogi pamiętniku!
Dziś stało się coś niepowtarzalnego! Wyleciałam z kraju. Mam pistolet w plecaku, oby nie wystrzelił. Wszystko będzie dobrze, dopóki mama się nie dowie. 
Nadia.

Rozdział III.

Miałam dosyć, po powrocie do domu położyłam się do łóżka. Po raz kolejny usłyszałam szelest papieru pod poduszką. Wyjęłam pomiętą kartkę i odczytałam zawartość:

Maryśka, ja już tak nie mogę. Wiem gdzie ona jest, zawsze. Powinnaś się obawiać, że wkrótce zrobi Ci wielką awanturę! ~Ten, którego imię znasz.

Złapałam się za głowę, postanowiłam odpisać i wrzucić list do skrzynki pocztowej:

'Ten, którego imię znasz'!
No tak. Chyba oboje dobrze wiemy, że coś tu jest nie tak, jak powinno. Czy mogę wiedzieć o kogo chodzi? Ludzie - dajcie sobie spokój z głupimi żartami! Jeszcze kilka takich listów - mam pistolet i i nie zawaham się go użyć. Już i tak mi nie zależy. ~ Ktoś, kto z chęcią Cię zniszczy. ♥

Zanim zdążyłam wejść do domu uświadomiłam sobie, że przed drzwiami stoi Czarek.
- Nie, no...Czarek! - zdenerwowałam się.
- Daj się wyciągnąć - chociaż ten jeden, jedyny raz. Mówię ci, bedzie cudownie. - złapał mnie za rękę.
- Daj spokój...- powiedziałam. - ...chyba, że chcesz mieć na głowie taką okropna zrzędę jak ja!
Oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Wiem, ze nie powinnam iść, ale zrobiłam to z grzeczności.
- Zdążymy jeszcze? - dopytywałam.
Wymieniliśmy spojrzenia, po czym weszliśmy do opery na nasz spektakl.
- Nadzia, widzisz tam daleko to kolorowe światełko? - mówił Czarek, wskazując na nikły blask kolorowej światłości.
Wzięłam głęboki oddech, zacisnęłam kciuki i głęboko rozsiadłam się w fotelu. Ktoś mnie gonił, to już pewne!

sobota, 21 stycznia 2012

Rozdział II.

W samochodzie chłopaka zauważyłam kilka nie zjedzonych kanapek, mnóstwo książek i jakąś starą płytę.
Dmuchnęłam, żeby oczyścić ją z kurzu.
- "Diagnoza - piękno"? Świetny film, prawda? - uśmiechnęłam się.
- Tak, no pewnie. Właśnie - może umówimy się do kina na weekend. Hm? - zaproponował.
- Szczerze mówiąc, wolę operę, ale chętnie z tobą pójdę. - tłumaczyłam. - Filmy oglądam tylko wieczorami, na laptopie.
Czarek pokiwał porozumiewawczo głową, po czym wskazał palcem na jakieś tęczowe (!) światełko.
- Piękne kolory, prawda? - zapytał oczarowany.
- No, tak. - mówiłam z przejęciem, bo dobrze pamiętałam to kolorowe światełko. - O, ja już bedę wysiadać. Cześć!
Prędko wybiegłam z auta Czarka i pędem pognałam do domu bojąc się tajemniczego światełka. Z plecaka wyjęłam mój notesik i narysowałam "magię" barw światełka. Po kąpieli jeszcze raz wyjrzałam przez okno, a następnie położyłam się do łóżka. Pod moją poduszką usłyszałam dziwny szelest - jakby kartki papieru. Okazało się, że to list. Z ciekawością przeczytałam go do końca:
O Mario!
Uwierz, że tak będzie najlepiej. Ona w końcu musi wiedzieć kim jestem. Ostrzegam, że jeżeli Ty jej tego nie powiesz to sam to zrobię. Tak będzie lepiej dla nas wszystkich. ~ Nigdy nie przestanę Cię kochać. ♥

Zmarszczyłam brwi i jeszcze kilka razy przeczytałam list. Może chodziło o jej tajemniczego wielbiciela! Dodam tylko, iż Maria to moja matka, ja - chyba nie mam ojca, rodzeństwo - młodsza siostra imieniem Sandra. 
Po prostu poszłam spać, ale nie miewałam dziwne sny - takie, głównie o tym światełku albo przed oczami ukazywał mi się owy list. Nie wiedziałam co z tym zrobić. 
Nastała sobota, jadłam akurat jogurt dietetyczny i nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Zniesmaczona spytałam czy mama może otworzyć.
- Nadzia, ktoś do ciebie! - wyszeptała mama.
Znów zmarszczyłam brwi, bo myślałam, że Czarek da sobie ze mną spokój.
- O, przyniosłeś kwiaty! - udawałam zachwycenie.
- Mam dwa bilety do opery, no chodź! - pocieszał mnie.
Zrobiłam naprawde szczery uśmiech i zaprosiłam Cezarego do środka.
- Mama zrobi ci kawę, a ja za chwilę przyjdę! - biegłam do pokoju.
Po kilku minutach weszłam do salonu w obcisłej, purpurowej sukience. Miałam też podwiązkę i czerwone sandały na koturnach. Tym razem użyłam tuszu do rzęs i błyszczyka a'la Marylin Monroe. 
Czarek chrząknął, po czym złapał mnie za rękę i poszliśmy do opery. Po drodze, gdzieś między budynkami migało znane mi tęczowe swiatełko.
- Mój Boże, ktoś mnie śledzi! - wykrzyknęłam bezsilnie.
Przechodzący ludzie spojrzeli na mnie wtedy z politowaniem i żalem.
- Nie rozumiesz mnie, prawda? - spojrzałam na Czarka.
Ten uśmiechnął się niezręcznie i nic nie odpowiedział.
Z moich oczu popłynęły bardzo gorzkie łzy, makijaż mi się rozmazał. Teraz było to już bez znaczenia.
- To chyba nie ma sensu. Pójdę już do domu. Wyciągnij sobie do opery jakąś pielęgniarkę. - tłumaczyłam zakłopotana odwracając się w stronę drogi do domu.
- Czekaj! - krzyknął Czarek.
Odwróciłam się, on był niebezpiecznie blisko. Szczerze mówiąc to jeszcze nie zdążyłam się odsunąć, kiedy poczułam przyjemny zapach mięty i delikatny dotyk na ustach. Pocałował mnie.
- Czarek! Co ty wyprawiasz?! Przecież ja cię nawet nie znam! - darłam się na niego.
Byłam zła na samą siebie, przygryzłam wargi i popędziłam do domu. Nagle zadzwonił telefon - nieznajomy numer. 
- Słucham? - mówiłam.
- Przepraszam, nie chciałem cię skrzywdzić. - tłumaczył chłopak.
- Nie to ja przepraszam, bo...chciałam, żebyś mnie pocałował. Po prostu za krótko się znamy, wybacz. - powiedziałam.
- Rozumiem.
- Ta...a skąd masz mój numer telefonu? - dopytywałam.
- Od Jagody. - mówił.
Odłożyłam słuchawkę, byłam wściekła. Dlaczego Jagoda mi to robi? Czemu ktoś mnie prześladuje? Dlaczego pozwoliłam Czarkowi na pocałunek? To zbyt trudne, ale całe moje życie jest właśnie takie...

sobota, 7 stycznia 2012

Początek.

A na imię mi było Nadia, na nazwisko Stone. Miałam wtedy osiemnaście lat, chciałam optymistycznie spojrzeć na świat, bo wiedziałam, że teraz czekają na mnie niespełnione marzenia.
Uczyłam się w szkole prywatnej dla dziewcząt. Po studiach pragnęłam zostać projektantką mody, wnętrz. Zawsze, gdy zerkałam przez okno, uśmiechałam się zawadiacko i patrzyłam na ten wysoki budynek w oddali - akademik. Wreszcie zaczęłabym uczyć się normalnie - w gronie zarówno dziewcząt i chłopaków. Szczerze mówiąc czekałam na te szalone imprezy studenckie albo od czasu do czasu jakieś pały z egzaminów. To było właśnie jak marzenie, ale takie realne. Póki co otwierałam oczy - widziałam smętna rzeczywistość.
Już słyszałam te piski z toalety i ostry wzrok nauczyciela od fizyki, podobno była to rozmowa z jedną taką z naszej klasy. Stałam przed szafką, oddychałam głęboko i relaksowałam się w ten sposób. Raz zerknęłam na na sufit, raz na podłogę, a czasami siadałam na parapet i słuchałam śpiewu ptaków. Chyba starałam się być niezauważalna, a jednocześnie przyciągająca uwagę - miałam, bowiem włosy w kolorze wiśni (z grzywką, rzecz jasna), zawsze ciemny płaszczyk z broszkami, dżinsy z agrafkami i trampki długości podkolanówek. Moje oczy były wtedy żółtawe, a usta bladoróżowe.
Po szkole, nigdy nie chodziłam do domu - zawsze bywałam u Jagody, która jest moja najlepsza przyjaciółką. Jaga ma długie, złote włosy i fiołkowe oczy, ma idealną figurę i ogólnie wygląda jak do schrupania, ale w środku siedzi zupełnie inna osoba. Jagoda jest dla wszystkich bardzo uprzejma, choć bywa ogromną dowcipnisią i potrafi nawet śmiać się z samej siebie. Jej pasją jest rysowanie - kiedyś, nawet obiecała mi, że ja będę projektować, a ona malować. Wykluczone.
Jaga mieszka w apartamentowcu z ojcem - businessmanem.
Tego dnia po szkole znów miałam zamiar ja odwiedzić. W drodze do Jagody słuchałam muzyki z mojej nowej MP4. Nagle usłyszałam sygnał sms-a z mojego telefonu. Bardzo głęboko westchnęłam, ponieważ nienawidziłam odbiera sms-ów i telefonów. Jakoś tak wolałam samotność. W treści wiadomości było m.in.: " Chodź szybko na skrzyżowanie z poziomkami w lesie, bo inaczej stanie się coś, co może być dosłownie wielkim ciosem. ~ Jaga."
"Pewnie znowu sobie żartuje" - pomyślałam, a następnie zniesmaczona poszłam na to skrzyżowanie.
Na miejscu okazało się, że dziewczyna siedzi skulona pod drzewem i płacze. Obok niej stały dwie osoby w  kominiarkach. W drzewo był wbity zakrwawiony nóż. Oni jeszcze mnie nie widzieli. Sprytnie schowałam się za drzewo i zadzwoniłam po policję. Serce biło mi bardzo szybko. Wyszłam z mojej kryjówki i podeszłam spokojnie do Jagi. Dwoje osób spojrzało na mnie z nienawiścią lecz ja zaledwie pokazałam im mój przebity kolczykiem język i odwróciłam się na pięcie. Przyjechali policjanci i mimo, iż złapali tych typków, wciąż nie wiedziałam co z moją przyjaciółką.
Jagoda wyciągnęła do mnie rękę - zauważyłam, że na dolnej części nadgarstka ma podcięte żyły.
- Cholera, trzeba dzwonić po pogotowie. - westchnęłam.
Nie pozostało mi w tej sytuacji nic innego do zrobienia, choć bardzo mnie ciekawiło, dlaczego to właśnie Jagodę wciągnęli do lasu. Pewnie w ogóle nie powinnam się w to mieszać...
Przymrużyłam oczy, spojrzałam w niebo, uśmiechnęłam się. Poczułam wtedy przyjemny dotyk mchu za plecami, zemdlałam.
Obudziłam się w tym samym miejscu, w nocy. Było tam tak cicho, ze słyszałam gwałtowne bicie własnego serca. W oddali zauważyłam tęczowe światło, było coraz bliżej. To niesamowite uczucie, jednak nie wiedziałam co zrobić - czy się schować, czy uciekać, czy iść w stronę owego światełka. Po prostu wstałam i udałam się w stronę metropolii.
Zasunęłam sobie chustę na twarz i założyłam kaptur - spoglądając na prawo i lewo, widziałam światła jupiterów i tłumy paparazzich - cała nasza Warszawa nocą. Postanowiłam zobaczyć, co u Jagi.
Kocim krokiem skoczyłam do szpitala. Przy łóżku Jagody stał jej ojciec i jakiś młody mężczyzna - pewnie jej narzeczony.
Serdecznie przywitałam się z nimi, po czym zapytałam o jej stan zdrowia - był stosunkowo stabilny.
- A pana jeszcze nie znam. Na imię mi Nadia. - zagadnęłam do pogodnego młodzieńca.
- Witam, Cezary. Ale mów mi Czarek. Jestem tu na studiach, dziś dostałem zlecenie, żeby czuwać na pacjentem i została mi przydzielona ta oto panna. - wskazał na Jagę.
- Też będę studiować, ale prawdopodobnie architekturę. A Czarku - na którym jesteś roku?- dopytywałam.
- Na czwartym, a ty jeszcze nie studiujesz? Wyglądasz na dojrzałą osobę. Chodź, wymienimy się telefonami. - mówił.
- No pewnie, tylko że ja się trochę spieszę. Nie jestem z Warszawy, a z Wołomina, będę biegła na pociąg, więc...- ciągnęłam.
- Nie ma sprawy, podwiozę cię! - tłumaczył, uśmiechając się.
Pokiwałam głową, przytakując. Nagle zaczęłam się zastanawiać, dlaczego zajęłam się tym całym Czarkiem, a nie Jagódką?
- Przepraszam cie na chwilę, pójdę do Jagody. - powiedziałam i pobiegłam do dziewczyny.
Czarek to naprawdę miły chłopak, jednak nie mogę wszystkim w około rozpowiadać o sobie- to nie w moim typie.
Stanęłam przy łóżku, w którym leżała i mocno złapałam ją za zdrowa rękę.
- Kocham cię. - powiedziałam do niej ze łzami w oczach.
- Ja ciebie też. - odparła cicho. - Jesteś dla mnie jak siostra.
Usiadłam na jej łóżku i wręczyłam do reki mały naszyjnik z krzyżykiem.
- Ale co to jest? - zaczęła się się przyglądać biżuterii.
- Przyciągają się na magnes. To na dowód wiecznej przyjaźni. -uśmiechnęłam się i pokazałam jej identyczny naszyjnik na mojej szyi. - No, dobra Mała! Ja uciekam. W razie czego, dzwoń. - powiedziałam, po czym poszłam do Czarka.